Wstępna koncepcja naszej nowej kuchni

Czasy nie sprzyjają marzeniom oraz ich realizacji. Prawdopodobnie naszego małego marzenia w postaci większego mieszkania tak szybko nie doprowadzimy do końca. Coś tam udało nam się zamówić przed epidemią Covid-19, ale oczywiście nie zdążyliśmy wybrać wszystkiego. Po części jest to moje niezdecydowanie, ale również fakt, że na ekipę musieliśmy jeszcze poczekać i w sumie to uśpiło naszą czujność. 

Jak wiecie poprosiłam o pomoc przy pracy nad projektem dziewczyny z MEBLOŚCIANKA STUDIO. Owszem, mogłabym to samodzielnie ogarnąć, bo przecież trochę już się tych wnętrz naoglądałam i nawet to nasze stare mieszkanie nie wygląda źle. Ale bardzo chciałam skorzystać z takiej możliwości, bo o ile wiem czego nie chcę, to mam problem z określeniem tego, czego chcę. Prawda jest taka, ze na rynku jest taka ilość możliwości aranżacji poszczególnych pomieszczeń, że zjadłam pół paznokci zastanawiając się co mamy wybrać. Podobało mi się zbyt dużo! Ktoś musiał nade mną zapanować 😉 

Potrzebowałam też, żeby ktoś, kto się na tym zna sprowadził mnie na ziemię z niektórymi pomysłami. I przede wszystkim określił w jaki sposób użytkowo to wszystko rozplanować, żeby było to wnętrze ergonomiczne, dostosowane do naszych potrzeb. Nasze mieszkanie może i ma 100 metrów, ale jest jakieś totalnie nieustawne (zwłaszcza salon) i niezbędnym było, żeby mi dziewczyny wyliczyły czy np. kominek nie stoi za blisko kanapy czy stołu. Dla mnie to czarna magia. To samo z punktami świetlnymi i gniazdkami- niekoniecznie chciałabym siedzieć godzinami zastanawiając się jak to zrobić. Są osoby, które spojrzą na plan i od razu wiedzą jak to zrobić, żeby było dobrze!

Kolejną sprawą jest chęć zobaczenia jak nasze mieszkanie będzie wyglądało jeszcze przed wybraniem materiałów. Bardzo mi zależało, żeby każda część była dokładnie taka, jaka mi się marzy. To może być nasze ostatnie mieszkanie i nie chcę żadnej pomyłki. Muszę czuć, że to będzie to! Od dłuższego czasu zastanawiałam się nad miętowo-szarym kolorem w kuchni i trochę miałam stracha, że to będzie zbyt ekscentryczny wybór. Wizualizacja mnie uspokoiła, utwierdziła w przekonaniu, że tego właśnie chcę. Uwielbiam oglądać te nasze projekty, to tak bardzo ułatwiło decyzje! 

Dodatkowo, bardzo chciałam, żeby nasze łazienki udało nam się razem podkręcić. Wiedziałam mniej więcej jaką kolorystykę i wzory czy dodatki preferuję i owszem mogłam zwalić rozwiązania z Pinteresta lub Instagrama, ale chciałam mieć coś swojego, wypracowanego na bazie wiedzy dziewczyn i mojego stylu. Mam z tego frajdę, że jednocześnie miałam na powstanie tego projektu duży wpływ, a jednocześnie Meblościanka podsunęła mi ogrom rozwiązań, na które bym nie wpadła. To mega rozwinęło moje horyzonty wnętrzarskie. 

No i tu ostatnia ważna rzecz. Nasza współpraca przebiegała przy naszym dużym udziale, na bieżąco się komunikowaliśmy, uzgadnialiśmy co chcemy zrobić. Ja chciałam mieć w to jak największy wkład, bo wiem czego chcę i jak ma to wyglądać. Część mebli jedzie z nami z poprzedniego mieszkania, więc one też musiały pasować. Nie jest to tak, że projektant narzuca swoją wolę, chyba, że nie mamy o urządzaniu zielonego pojęcia i tak właśnie chcemy. 

Ostatnią ważną rzeczą jest wykonanie przez Meblościanka Studio projektu technicznego pomieszczeń. Nasza ekipa chciała taki otrzymać i dzięki  niemu nie będziemy musieli wszystkiego rozrysowywać i tłumaczyć tysiąc razy. To mega ułatwia remont i niweluje ewentualne pomyłki. Ja oczywiście totalnie nie umiem zrobić takich rysunków, więc jak najbardziej potrzebowałam dziewczyn do pomocy.

Oto, jaki styl kuchenny był nam najbliższy:

Źródło tu

Źródło tu

Źródło tu

Źródło tu

Źródło tu

Zrzut ekranu 2020-03-25 o 21.11.56

Źródło tu

Źródło tu

Źródło tu i tu 

Nasz projekt:

kuchnia

logo (2)

Projekt MEBLOŚCIANKA STUDIO

Zmiany w życiu od kuchni

Poranek. Starszy syn wstaje i zmierza jak zwykle do kuchni napić się wody. Patrzę kątem oka, zawsze uwielbiał gazowaną, ale tym razem nalewa z nowej baterii. Widać, że samo nalewanie daje mu radość. Aż sama się do siebie uśmiecham, kolejny krok ku dobrym, ekologicznym nawykom. W ostatnim czasie temat bardzo zaprząta moją głowę bardziej niż wcześniej. Dopiero obrazki zalanego plastikiem oceanu i ponure wizje dokąd zmierza globalne ocieplenie otworzyły mi szeroko oczy. Nie chce takiego świata dla moich dzieci. Wizja jak bardzo nasze nieodpowiedzialne życie zniszczy planetę jest dla mnie nie do przyjęcia. Chcę żyć lepiej.

Kilka dni temu pozbyliśmy się plastikowego, ogromnego dzbana filtrującego (który psuł mi całą wizję ładnej kuchni i ciągle przeszkadzał), a na jego miejsce pojawia się najpiękniejsza bateria kuchenna, która sama filtruje wodę- Vital od Franke. Posiada system filtracji kapsułkowej, czyli wymienny filtr z węglem aktywnym. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć jak działa to maleństwo, jakby na przyczepkę do baterii w zlewozmywaku, a sprawia, że dzieją się cuda! System został opracowany w Szwajcarii, a technologia bazuje na naturalnym procesie chemicznym. Woda przepływa przez filtr wstępny i pozbywa się większych cząsteczek, w następnym specjalna membrana usuwa to co mniejsze, a także bakterie! W ostatniej fazie działa wspomniany węgiel. Usuwa zanieczyszczenia te rozpuszczone w wodzie, jak i nie. Pokażę Wam jak to wygląda:

Jak zapewne wiecie picie wody jest fundamentalną zasadą nie tylko życia, ale również dbania o zdrowie i sylwetkę. Zaleca się przyjmowanie nawet do 3 litrów dziennie, a absolutne minumum to 1litr na 30kg masy ciała. Nie jest to niestety takie proste, żeby wyrobić w sobie ten dobry nawyk. Ja często o tym zapominałam i na koniec dnia okazywało się, że mój bilans dzienny jest o wiele za niski. Teraz przechodząc przez kuchnię tylko spojrzę na baterię i od razu mi się przypomina, że czas na szklaneczkę. Jest to idealny sposób, żeby stało się to dla nas rutyną.

Dzięki filtrowi w baterii Vital mamy 500l orzeźwiającej wody zdatnej do picia, z której pozbyliśmy się praktycznie wszystkich bakterii i wirusów (ponad 99%), bez rdzy i osadów, bez mikrocząsteczek plastiku i pestycydów, o super smaku i zapachu (już testowane przez naszą rodzinę!). Osobiście muszę przyznać, że mnie to fascynuje. Ta bateria to czyste złoto. Jest łatwa w obsłudze, mega łatwa w montażu (przez mojego męża, oczywiście nie przeze mnie ;)), o wymianie filtra informuje dioda (pali się wtedy na czerwono), oszczędza miejsce na blacie i w dodatku wygląda obłędnie. Do niego dobraliśmy jeszcze zlewozmywak ceramiczny, w czarnym macie (link podam Wam na dole), który jest odporny na uderzenia. Chyba nie muszę Wam wspominać, że po jej instalacji znowu pokochałam naszą wysłużoną kuchnię!

Zapewne zauważyliście, że cechy wizualne są dla mnie bardzo ważnym kryterium wyboru. Ja nie idę na kompromisy jeżeli chodzi design, każdy dodatek wybieram wiele dni, musi być dokładnie taki, jaki sobie wymarzę. Bateria Vital spadła mi z nieba, nie dość, że jest minimalistyczna i elegancka, to jeszcze pasuje praktycznie do każdego wnętrza (są dwa kolory do wyboru- czarny i chrom). Mam wrażenie, że zmieniła naszą kuchnię nie do poznania. To tylko dowodzi kolejny raz, że detale tworzą wnętrze, a małe zmiany wystarczą by ożywić otoczenie. Możecie mieć najtańsze szafki w kuchni, które będą wyglądały jak z najdroższego sklepu dzięki pięknej baterii, zlewozmywakowi oraz np. wyjątkowym uchwytom. Na pewno Was nie zdziwi, że baterie Franke Vital otrzymały prestiżową nagrodę Red Dot za piękny design oraz nagrodę Dobry Wzór, przyznawaną przez Instytut Wzornictwa Przemysłowego.

Bardzo się cieszę, że udało się wprowadzić tę małą/wielką zmianę w naszym domu. Już od dłuższego czasu wspólnie działamy, żeby żyć bardziej ekologicznie. Oprócz filtrowania wody
(i rezygnacji z butelek jednorazowych), ograniczamy niezdrowe i przetworzone jedzenie i przede wszystkim staramy się żyć w trybie less waste, nie używamy toreb foliowych i innych opakowań plastikowych, staramy się kupować ubrania od marek odpowiedzialnych społecznie czy oddajemy kapsułki od kawy do recyclingu. Nasze dzieci są z dnia na dzień coraz bardziej świadomymi konsumentami i włączają się w nasze działania. Może nie jest jeszcze idealnie, bo nadal ciężko mi znaleźć dobre kosmetyki w ekologicznych opakowaniach czy odmówić synom kolejnej saszetki Zingsów, ale staramy się i małymi krokami stajemy się łaskawsi dla Matki Ziemi.

Bateria z filtrem to świetne rozwiązanie- ekologiczne, genialne w swej prostocie, zajmuje mało miejsca i świetnie filtruje wodę dzięki jedynej takiej zaawansowanej szwajcarskiej technologii. Kwestie wizualne pozostawiam Wam do oceny. Mnie zachwyciła i w parze ze zlewozmywakiem tej samej marki nasza kuchnia zyskała nowe życie, czuję się jakby była „brand new” 😉

 

Do metamorfozy kuchni wykorzystałam:

  • Zlewozmywak Mythos MTK 610-58 Fraceram tu
  • Bateria Vital z filtrem kapsułkowym tu
  • Blat Egger kolor Dąb Halifax naturalny

Ładnie mieszkać i nie wydać fortuny

Największe ikony stylu, od kiedy pamiętam, przyznają się do zakupów w sieciówkach. Stać je na wiele. Mieszkają w starych kamienicach z niebotycznie drogimi marmurowymi blatami ściągniętymi z Włoch i złotą armaturą, a jednocześnie nosząc trencz z second handu i koszulkę za 20 zł ze sklepu za rogiem. Potrafią z taniej stylizacji stworzyć przedmiot pożądania. Wiedzą co kupić i jak dobrać, żeby wyglądało szykownie. Mogą wydać setki na rzecz od projektanta, ale tego nie robią. Dobry gust nie liczy się ilością wydanych złotówek. To umiejętność, którą mamy w sobie albo możemy wypracować. Wystarczy chcieć.

Podobne przemyślenia mam odnośnie wnętrz. Na prawdę nie trzeba wyczyścić konta w banku lub brać kredytu (znam takich co się zapożyczają i potem mają problem ze spłacaniem;)), żeby ładnie mieszkać. Niestety, na to trzeba poświęcić trochę czasu, poszukać, pogrzebać, udać się na polowanie. Dlatego tak lubię Instagram i blogi. Blogerki często robią to za nas, wyszukują perełki, podrzucają rozwiązania. Są największymi inspiracjami również dla mnie.

Bywają takie momenty kiedy mamy gorszy humor, jakiś dół życiowy nas dopada, życie wydaje się trochę bardziej szare niż zwykle, a najlepiej smakuje tabliczka czekolady i kieliszek wina (byle jak największy;)). Przyznaje, że wtedy bardzo poprawia mi humor zakup czegoś nowego, choćby właśnie rzeczony kieliszek, kubek albo kosz (choćby na święconkę) czy poszewkę. Ale nie mogą być zbyt drogie, bo to jeszcze bardziej stresuje. W nowym kubku kawa lepiej smakuje, a pod nową narzutą człowiekowi jakoś lepiej się wypoczywa.

Nieważne czy akurat aranżujecie mieszkanie, robicie wiosenne odświeżenie otoczenia czy macie gorszy humor, który wymaga nowego kubka lub poduchy. Zrobiłam dla Was budżetowy przegląd najfajniejszych rzeczy sezonu z PEPCO. Kilka rzeczy ładnych, niedrogich i poprawiających humor! Wszystkie wydają się idealne, żeby zjeść z chłopakiem, mężem czy kim tak sobie chcecie śniadanie w łóżku i nie wychodzić z niego cały dzień! 😉

Czarno-biała narzuta 39,99 zł
Włochate poszewki 9,99 zł
Ceramiczna doniczka 14,99 zł

Osłonka/kosz 19,99 zł
Poszewki 9,99 zł
Czarny, metalowy koszyk 19,99 zł
Metalowy kosz „My staff” 19,99 zł
Kubek 4,99 zł. Jest dostępny również w kolorze szarym.
Okrągły koszyk 14,99 zł

Jeżeli spodobały Wam się moje inspiracje to koniecznie dajcie znać! Jestem ciekawa czy z nich skorzystaliście. Ja w PEPCO bardzo często kupuję także super szklane deski do krojenia, zestawy drewnianych wieszaków czy torebki prezentowe- mają genialny wybór! Jeżeli natomiast macie wrażenie, że zawsze omijają Was nowości, to koniecznie ściągnijcie bezpłatną aplikację PEPCO i wejdźcie na platformę INSPIRACJE PEPCO, gdzie wielbiciele sklepu dzielą się swoimi aranżacjami i pomysłami, a także można zostać wyróżnionym INSPIRACJĄ TYGODNIA.

Neutralne nowości w salonie

Jakiś czas temu internety i nasze domu zalała fala bieli, białe były nie tylko ściany, kuchnie, łazienki, a nawet podłogi i kwiaty. Białe były wazony, talerze, ekspresy, kanapy. Pomimo, że zdecydowałam się na białą kuchnię i ściany to nigdy nie mogłam zrozumieć mody all in white. Wydawało mi się, że mieszkanie poniekąd odzwierciedla właściciela, a ludzie nie mogą być aż tak nudni i mdli, żeby wybierać wszystko co jasne. Ale moda to moda.

No ale wracając do jasnych wnętrz. Chwilę później zorientowałam się, że takowe są hitem na Instagramie, ciemniejsze były uważane za pewien rodzaj awangardy, a potem przyszedł styl boho ze swoją naturalną swobodą i lekkością i natural stylizowany na minimalistyczne japońskie mieszkania w stylu zen i już mi trochę ulżyło, choć beż też do ciemnych nie należy. Ale jest ciepły, przyjemny, jak latte na mleku kokosowym, ciasteczko maślane czy pola zbóż skąpane w letnim słońcu. Kojarzy mi się przytulnie i daje poczucie, że nie jest to przestrzeń tak sterylnie szpitalna jak w przypadku bieli. Do tego koniecznie kilka naturalnych dodatków, trawy, kamień, drewno- to wszystko łączy z naturą i uspokaja skołatane nerwy.

Ostatnio przeczytałam, że ludzie nie są w stanie żyć minimalistycznie zgodnie z tym co mają w głowach. Jesteśmy tak skomplikowanymi istotami, że życie w samej bieli i beżu nie jest zgodne z naszą naturą. Ja też tak nie potrafię, Lubie różne faktury, tkaniny, kolory. Lubię eksperymentować, wstawiać meble i dodatki, które mogą na pierwszy rzut oka nie pasować. Wprowadzić trochę chaosu, nieoczywistości. Eklektyzm mnie kręci, różne style i połączenia barw, trochę bałaganu nawet. W domu już tak jest, że gdzieś jakiś karton wyłania się spod kanapy, gdzieś tam kabel się wije, dom to nie muzeum. Nie mogłabym żyć w mieszkaniu białym, beżowym, monochromatycznym. Nie chowam wszystkiego, także do zdjęć. Chyba nie jest to zresztą żaden wyczyn wstawić kilka białych mebli, połączyć je z drewnem i cieszyć się typowym farmhouse living. To się zawsze ludziom podoba. Wyzwaniem jest łączyć barwy, wzory i faktury tak, żeby do siebie pasowały. Mi się zachciało czegoś innego, jakiegoś ciekawszego,    niesztampowego. Kuchni już nie wyrzucę, jakoś ogram dodatkami na wiosnę jak zawsze. Inne większe zmiany w końcu nas czekają. 

Ale ponieważ ten beż mi się wkręcił i tak błogo otulił przyjemnością postanowiłam trochę go wpuścić do swojego salonu. Delikatnym muśnięciem rozjaśnił ciemną podłogę i stonował odcienie musztardy. Tak mi się wpasował jakoś ukradkiem i chwilowo zostaje 🙂 

Markę Elevaar obserwuję już od jakiegoś czasu, to tam wybraliśmy nasz nowy, wełniany, pętelkowy dywan. Wybór był tak ogromny, że na prawdę cieżko było zdecydować. U nas wygrał beż z dodatkiem juty. Jest tkany ręcznie, nieidealny i to w nim lubię najbardziej. Powstał wyłącznie z naturalnych surowców, jest miły i ciepły w dotyku, uwielbiam po nich chodzić na boso. Więcej wzorów dywanów znajdziecie tu.

Plakaty, które trafiły do nowej galerii to niezastąpiona marka Desenio. Tym razem wybrałam wzory w odcieniach beżu i brązu. Wprowadzają dużo harmonii i uspakajają moje wariackie zapędy 😉  Marka proponuje ogromną ilość zdjęć i posterów, na pewno uda Wam się podkręcić Wasze wnętrza! 

ZWŁASZCZA, ŻE od piątku 21 lutego do pon 24 lutego będę miała dla WAS kod “DEERHOME30”, który pomniejszy Wasze zakupy o 30% (nie obejmuje on ramek lub plakatów z kolekcji Handpicked/Collaborations/Personalizowane). Wybierajcie swoje na stronie Desenio i od piątku wpisujcie mój kod w koszyku 🙂

 

 

Prosty stół wigilijny

Moja propozycja stołu wigilijnego to minimalizm, który uwielbiam! W tym roku postawiłam na dużo zieleni i trochę inspirowałam się boho letnimi piknikami 😀  W końcu pogoda ostatnio iście wiosenna 😉 Musi być oczywiście biała zastawa, ładne szkło i kilka dodatków. Gdy robiłam te zdjęcia to nie mieliśmy jeszcze choinki, ale poza nią, wiankiem i gwiazdą betlejemską już więcej dodatków świątecznych nie planuję. Nie jestem jakimś świątecznym freakiem, który obstawia każdy kąt, a to pewnie dlatego, że nie za dużo mam wolnych tych kątów. Wiadomo, że większa przestrzeń pozwala na szaleństwo, u nas jednak takiej nie ma, więc póki co świątecznie jest u nas umiarkowanie. A Wy dekorujecie na maksa czy minimalnie jak ja?

Processed with VSCO with a4 preset

Moja zastawa to oczywiście Lyngby, bukiet i mini wianki zamówiłam w Narcyzie, a pyszne ciasto zrobiła dla mnie genialna trójmiejska manufaktura Musi Bake. Jeżeli potrzebujecie wypieku na jakąś okazję to polecam na maksa!

Jak zaaranżować ładne i praktyczne miejsce do pracy

Takie biuro marzyło mi się od zawsze i pomimo, że teoretycznie nie mieliśmy na nie metrażu to ja się uparłam i wstawiłam je w sypialni. Przy okazji pozbyłam się ulubionej komody (którą i Wy lubiliście), teraz leży pod łóżkiem i czeka na lepsze czasy. No cóż, jak się uwielbia zmiany to nie ma rady-czegoś trzeba się pozbyć, żeby było miejsce na nowe.

Z moich wyliczeń wynika, że teraz znowu czas na przearanżowanie przestrzeni biurowej, w końcu od roku wygląda tak samo. A to chyba już nie wypada blogerce wnętrzarskiej. Traf chciał, że akurat całkiem niedawno zobaczyłam w IKEA krzesło biurowe, które jest najprawdopodobniej najpiękniejszym jakie widziałam kiedykolwiek. Wiadomo, że musiało być moje 😉

Krzesłem, obok którego nie mogłam przejść obojętnie jest model ALEFJÄLL, występuje w trzech wariantach kolorystycznych, ale my wybraliśmy odcień, który na stronie jest określany jako złoto-brązowy, ja natomiast nazywam go rudym;) Docelowo wybrałam go dla męża, bo już od trzech miesięcy połowę czasu pracy spędza w domu. Podkradał moje różowe, ale to już zaczynało być męczące. Tego rudzielca wypróbowaliśmy w sklepie i okazał się ultra wygodny, wysokość  krzesła i oparcia oraz głębokość siedziska są regulowane, więc zapewniają wsparcie dla pleców i ud bez względu na wzrost. Ma bardzo bezpieczne kółka (co w naszym przypadku jest bardzo ważne, bo dzieci sobie go wyjątkowo upatrzyły i obsiadają każdego dnia), które są wrażliwe na nacisk hamulca. Krzesło jest przez niego utrzymywane w miejscu, gdy wstajemy i zwalania się automatycznie gdy siadamy. Odchylając się do tyłu zachowujemy idealną równowagę, gdyż mechanizm dopasowuje się do ruchów ciała i ciężaru i reguluje opór. Chyba nie muszę dodawać, że jest idealne do pracy przy biurku, łatwo się przesuwa, bo kołka są zwrotne i design nas totalnie zachwyca!

Przy okazji wizyty w IKEA udało nam się znaleźć kilka rzeczy, które zdecydowanie ułatwiły nam utrzymywanie porządku w strefie biurowej. Dokumentów niestety przybywa, a my póki co nie mamy piwnicy, ani komórki lokatorskiej, aby to wszystko tam archiwizować. W oko wpadły nam pudełka MANICK. Są metalowe, z przykrywką i świetnie będą się sprawdzały na wszelkie rzeczy biurowe czy dokumenty. Na razie wzięliśmy jedno, ale jak już powiększymy metraż to dokupimy więcej. Mają miejsce na etykietę z podpisem, więc będą świetne do piwnicy właśnie na dokumenty, które trzeba trzymać w razie kontroli urzędu. Na pewno z 2 zostawimy sobie pod biurkiem na bieżąco używane papiery i akcesoria. 

Na takie, które używa się ciągle i trzeba mieć pod ręką wybraliśmy segregatory PLUGGIS w bieli. Generalnie utrzymywać porządek w dokumentach nie jest łatwo, z czasem robi się ich taka ilość, że człowiek zarasta totalnie (znacie to z autopsji prawda?), w przeszłości każdą kartkę poszukiwałam godzinami i doprowadzało mnie to do szaleństwa. Dlatego już od jakiegoś czasu zaczęliśmy je segregować, podpisywać i na bieżąco wkładać w wyznaczone miejsca. Ile to mniej nerwów przy szukaniu 😉

Przy okazji ostatniej wizyty w IKEA jeszcze jedna rzecz wpadła mi w oko. A mianowicie kosz VÄRMER. Świetnie nadaje się na gazety, książki, koce, poduchy, wełnę i nawet na drewno kominkowe. Lubię takie rzeczy wielorakiego zastosowania, tylko wyobraźnia może być wtedy dla nas granicą! Na razie dostał miejsce właśnie w kącie biurowym, ale docelowo chyba będzie stał w nowym mieszkaniu obok kominka właśnie. Kolejny świetnie zaprojektowany gadżet, który moim zdaniem znajdzie miejsce w wielu domach.

Wybraliśmy też dodatkową lampkę biurkową, ja mam swoją złotą, ale trzeba było znaleźć też coś dla męża. Zdecydowaliśmy się na model RIGGAD, który może ładować jeden telefon bezprzewodowo (u modeli, które mają taką możliwość – mój ma!), a drugi przez wbudowany port USB. Czyż to nie jest genialna funkcja?! Ja jestem trochę w szoku, że takie coś w ogóle jest możliwe! Dodatkowo jest designerska, ma delikatny i piękny kształt, daje skupione światło i można je skierować w dowolnym kierunku. Lampa jest również ledowa, a ten typ oświetlenia zużywa 85% mniej energii i wystarcza na 25 razy dłużej niż tradycyjne żarówki.

Jeżeli miałabym wskazać na rzecz, którą przy biurku mam długo i nadal cieszy oko i się przydaje to kratka/tablica na notatki ze spinaczami MYRHEDEN. U nas złota, ale w IKEA jest też czarna. Co jakiś czas zmieniam kartki, które na niej wiszą i jest to świetny sposób na szybką zmianę w naszym otoczeniu! Bez dźwigania, środków finansowych, a nawet wizyt w sklepach. Możemy na niej wieszać także karteczki z ważnymi informacjami czy listami zakupów. Myślę, że jest tak uniwersalna, że sprawdzi się także w przedpokoju czy w kuchni.

Spodobał mi się również wazon LIVSVERK. Idealny maluch, żeby nie zajmował zbyt dużo miejsca na biurku i cieszył małymi kwiatami. Zastanawiałam się też nad pojemnikami na kable ROMMA, to świetny patent, żeby kable nie zawalały całej podłogi pod biurkiem. Poczekam jednak z tym zakupem już na nowe lokum, bo wtedy tych kabli będzie zdecydowanie więcej.

Przemyślenia mam takie, że fajnie jak miejsce do pracy jest takie, że stymuluje naszą kreatywność. Tablice inspiracyjne, dokumenty w ładzie, w oznaczonych miejscach, wygodne i ładne krzesło oraz funkcjonalna i dobrze zaprojektowana lampka to nie tylko gadżety mają też za zadanie umilić te często długie chwile z mailami. W dobrze zorganizowanym miejscu biurowym aż chce się wytężać szare komórki i tworzyć! To na prawdę działa. Pamiętajcie, że nawet malutką przestrzeń da się zamienić na komfortowe miejsce do pracy (ja jestem tego najlepszym przykładem), rozwiązań jest mnóstwo, a Wy zyskujecie ergonomiczne miejsce do siedzenia przy komputerze i wygodę pracy.

 

IMG_9637

  1. Lampa stołowa RIGGAD
  2. Przybornik na biurko YPPERLIG
  3. Wazon LIVSVERK
  4. Tablica MYRHEDEN
  5. Metalowe pudełko MANICK
  6. Regulowane biurko IDÅSEN
  7. Segregatory PLUGGIS
  8. Kosz z drewna VÄRMER
  9. Skórzane krzesło biurowe ALEFJÄLL
  10. Pojemnik na kable ROMMA

 

Wpis powstał we współpracy z IKEA.

 

 

Sprzątanie może być przyjemne

Sprzątanie to czynność, która wywołuje różne emocje. Jedni traktują jako nieprzyjemny obowiązek, inni uważają, że to rewelacyjna metoda na rozładowanie stresu. Są tacy, co sprzątać uwielbiają, porządek chełpią i nie wyobrażają sobie funkcjonować w pomieszczeniu pełnym kurzu i paprochów, nie zasną gdy w kuchni leżą okruszki od chleba, a w przedpokoju ktoś rozsypał piasek. Jeżeli mają dodatkowo psa to już w ogóle latają z odkurzaczem bez opamiętania. Wszyscy mają jedną cechę wspólną – jak mają fajny sprzęt do sprzątania to czerpią z tego przyjemnego/przykrego obowiązku jakoś więcej. Bardziej im się chce.

Całkiem niedawno dostałam do testów unikalny na rynku odkurzacz Tefal Air Force Flex 360. Byłam mega ciekawa takiego małego, przenośnego sprzętu z elastyczną rurą (dzięki której można dosięgnąć kurz pod niskimi meblami 5 razy skuteczniej*) i zawsze (jakkolwiek to by nie brzmiało) zazdrościłam tym wszystkim perfekcyjnym paniom domu, że nie muszą męczyć się z kablem, który zawsze zahaczy się tam, gdzie nie powinien i zawsze jest za krótki, żeby dotrzeć tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. 

Już po tygodniu używania wiem, że ten sprzęt jest po prostu genialny! Dzięki stacji dokującej możemy go zamontować w pomieszczeniu gospodarczym lub szafie, szybko się ładuje i tu dzieje się coś, co od razu polubiłam – odkurzanie bez kabla! Nic nas nie ogranicza, nie musimy szukać gniazdka w każdym pomieszczeniu, nikt się o niego nie potyka. A co za tym idzie mamy nieograniczone pole manewru i odkurzaczem Tefal Flex dotrzemy dosłownie wszędzie.

Jeżeli czytacie bloga już od jakiegoś czasu to na pewno wiecie, że posiadam bardzo dużo różnych dekoracji, figurek, doniczek, wazonów. Mój otwarty regał aż się prosi o grubą warstwę kurzu. Odkurzanie tego wszystkiego jest mega absorbujące i często wręcz ciężkie do wykonania. W ostatnim tygodniu wypróbowałam wszystkie końcówki nowego sprzętu i dotarłam wszędzie tam, gdzie mój wzrok do tej pory nie sięgał. W zestawie mamy: miękką, elastyczną końcówkę ze szczotką, którą bardzo łatwo wyczyścić trudno dostępne miejsca, np.: narożniki i szczeliny, szczotkę z oświetleniem Led, dzięki której nie umknie nam dosłownie nic, nawet w ciemnych miejscach, większą elektroszczotkę, która nadaje się do wszystkich powierzchni, mini elektroszczotkę, która jest idealna do sprzątania sierści (a nam niebawem będzie także niezbędna) i auta, szczotkę do tapicerki, kolanko, które pozwala na dokładne wyczyszczenie wysokich półek i lamp.

Dodatkowo warto wspomnieć, że odkurzacz Tefal Air Force Flex:

  • pracuje cicho i wydajnie, wystarczy 3 godziny, aby go naładować
  • ma tryb Boost, dzięki któremu możemy pracować 6 minut z maksymalną wydajnością i posprzątamy ultraszybko
  • dzięki baterii litowo-jonowej możemy sprzątać aż 35 minut bez ładowania
  • ma przeźroczysty pojemnik na kurz, jest bezworkowy i ekologiczny, łatwo go rozmontować i umyć
  • jest lekki, poręczny i ma designerski wygląd
  • ma bardzo dużą ilość akcesoriów, które bardzo łatwo jest oczyścić z brudów
  • posiada dwa filtry, jeżeli jeden się np. zamoczy to mamy drugi na podmianę
  • można go wziąć wszędzie ze sobą 

Po tym tygodniu testów zdecydowaliśmy, że odkurzacz Tefal Air Force Flex 360 musi być nasz. Już przebieram nóżkami na samą myśl o rozsypanej mące przy pieczeniu ciast na święta czy gdy sypnie się choinka lub moje trawy pampasowe i będzie można szybko i sprawnie to odkurzyć. Od tej pory okruchy pod stołem nie będą czekały do następnego sprzątania w weekend. A przy tym wszystko się odbędzie bez akcji wyjmowania ogromnego sprzętu z szafy, podłączania, opróżniania wielkiego pojemnika. Co najważniejsze, ten odkurzacz to mistrz docierania do zakamarków, ciemnych miejsc, gdzie brud panoszy się czasami latami, bo go nie widzimy. Bez problemu i z przyjemnością wyczyściliśmy zakurzone tace i figurki, liście kwiatów. Takim sprzętem to nie był przykry obowiązek. Już nie mogę się doczekać nowego mieszkania i sprzątania nim właśnie tam. Mam nadzieję, że doczekamy się wtedy już szczekającego domownika 🙂

Na koniec mam dla Was ważną wiadomość – do 13 listopada możecie mieć tego pomocnika domowego o 300zł taniej! Więcej szczegółów znajdziecie pod tym linkiem – Tefal Air Force Flex 360.

* dzięki Technologii Flex i nakładce sscącej ultra- slim, w porównaniu do zwykłych odkurzaczy.

Jesień w mojej sypialni

Jesienią wszyscy kochamy przytulność. Sięgamy po ciepłe swetry, koce, pijemy rozgrzewające herbaty, palimy świeczki. Chcemy czuć się miło w naszej domowej oazie, gdy na zewnątrz wieje i pada. Pogoda nie pozwala już na bardzo długie spacery i nie spędzamy tyle czasu na dworze. To najlepszy moment na wprowadzenie jesiennej atmosfery w domu. Dodatki są świetnym rozwiązaniem, aby szybko i bez dużych kosztów przemienić wnętrze, ale trzeba wiedzieć co wybrać, żeby nam dobrze służyło. Oto kilka moich ulubieńców, bez których nie wyobrażam sobie jesieni:

– herbata (konieczność nad koniecznościami ;)) 

Ja wybieram zazwyczaj herbatę zieloną, gdyż ma dobroczynny wpływ na zdrowie – jest bogata w przeciwutleniacze, które wspomagają odporność i ochronę zębów, poprawiają stan skóry. Picie 2-3 filiżanek dziennie może obniżać ciśnienie i poziom cholesterolu, zmniejszać ryzyko zawału serca. Jest to o wiele zdrowsza alternatywa kawy. Są także badania, które mówią, że zielona herbata może chronić mózg przed różnymi formami demencji, depresją, a nawet przedłużyć życie. Moim ostatnim odkryciem są herbaty zielone Lipton z cytrusami (zawierają skórkę z limonki, cytryny, pomarańczy, grejpfruta) oraz z maliną i truskawką. Nie tylko pobudzają, ale także mają świeży i orzeźwiający smak. Latem można je pić z kostkami lodu i są rewelacyjne w tej formie. Jesienią popijam je także, gdy mam ochotę na coś słodkiego, dzięki aromatom owoców czuję się zaspokojona i również w ten sposób (oprócz oczyszczenia organizmu) dbam o linię ograniczając przekąski. Nie zaparzajcie jednak zielonej herbaty zbyt długo, bo straci swoje prozdrowotne właściwości, wystarczy 2-3 minuty w temperaturze 70-80 stopni. 

-miła pościel

Jesienią jakoś bardziej chce się spać i ponieważ dzień robi się o wiele krótszy łatwiej o wydłużenie wypoczynku nocnego. W tym roku zaopatrzyłam się w idealną kolorystycznie pościel z satyny bawełnianej. Jest niesamowita, nie gniecie się, jest miła i przyjemna w dotyku, dobrze chłonie wilgoć i nie przegrzewa. Wzór moich nowych poszewek nawiązuje do nieprzewidywalności snów. Kiedy o niej piszę mam ochotę natychmiast się pod nią zaszyć! Jesienne barwy-pomarańczowy i brązowy to hity sezonu we wnętrzach (nie tylko na jesień), a połączenie z różem i brzoskwinią stanowi rozweselający miks na nadchodzące chłodniejsze dni.

-pachnące świece i dyfuzory zapachowe 

Jesień ma w sobie, bez wątpienia, coś nostalgicznego. Wprawia w zadumę i daje czas na przemyślenia. Jak się tak ciemniej zrobi to aż się prosi, żeby rozjaśnić otoczenie świecami. Ciepłe światło szybko wprowadzi nas w dobry nastrój. Musicie jednak wiedzieć, że tanie świece są najczęściej wykonane z parafiny, a ta jest dla nas trująca i  rakotwórcza! Wybierajcie świece sojowe lub te z wosku pszczelego, nie emitują one niezdrowych substancji. Najlepiej żeby w składzie miały olejki eterycznie, a nie sztuczne aromaty. Nie potrafię jednak do końca wytłumaczyć większej potrzeby otaczania się zapachami. Już chyba w każdym pokoju mam zapachy do wnętrz i zaciągam się co chwila lekko wyczuwalną wonią drzewa bambusowego, wanilii, pomarańczy i orientalnych kwiatów. Jesienią nie da się już spać przy otwartym oknie, wdychać zapachu mokrej trawy czy świeżego powietrza. Zapach z dyfuzora jest bardzo miłą alternatywą!

 

-białe dynie 

Małe białe dynie baby boo to już chyba tradycja październikowa. Są już tak rozchwytywane, że kończą się na farmach zanim przychodzi Halloween. Fajną opcją jest ich malowanie, widziałam opcję pastelowe, czarne, a nawet złote. Co myślicie o takim pomyśle na ozdobę jesienną? Nie polecam ich jednak zostawiać na tarasie czy balkonie, bo mogą paść ofiarą ptaków 😉

-ciepłe koce i swetry 

Akceptuję jedynie wełniane. Są niesamowite ciepłe, ale nie przegrzewają (mają właściwości termoizolacyjne), wchłaniają wilgoć (charakteryzują się dużą higroskopijnością), są naturalne, miłe  w dotyku, pięknie wyglądają i nie chłoną tak łatwo zapachów. Warto zainwestować w jeden wełniany koc czy sweter (jest wiele rodzajów wełny, która nie gryzie) i używać z radością latami, niż kupić kilka akrylowych, które nie tylko nie zapewniają nam ciepła, ale również nie służą środowisku. Do ich produkcji zużywa się bardzo dużą ilość wody, energii i chemikaliów, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia!

W dzisiejszych czasach świadomość konsumpcyjna jest niezwykle ważna. Dobrej jakości produkty będą służyć nie tylko naszemu samopoczuciu, ale także zdrowiu. Warto czytać składy, metki i edukować się w sieci, gdzie informacje są dzisiaj bardzo łatwo dostępne. Mam nadzieję, że czytając ten wpis dowiedzieliście się czegoś nowego! Dajcie znać 🙂

Wpis powstał we współpracy z marką Lipton, więcej o zielonej herbacie znajdziecie tu: http://www.lipton.pl/zielonaherbata/

 

 

Trend, który podbił Instagrama – trawa pampasowa

Trawa pampasowa to bez wątpienia jeden z gorętszych trendów wnętrzarskich na Instagramie. Miękkie, beżowe gałązki królują nie tylko w wazonach, ale także w bukietach, dekoracjach i wiankach. Pasują w zasadzie do wszystkich rodzajów wnętrz, ale są wprost stworzone do stylu boho. Niesamowicie wyglądają jako dekoracja ślubów, witryn sklepowych czy restauracji.

Trawa pampasowa to niesamowita ozdoba ogrodów, balkonów i miejskich parków. Sami w zeszłym roku próbowaliśmy taką wychodować, co niestety nam się nie udało. Może to i lepiej, bo ciężko ją przezimować.

Oryginalnie, pochodzi ona z Ameryki Południowej i potrafi osiągnąć nawet do 2-3 metrów długości. Dlatego najlepiej po prostu kupić ciętą w kwiaciarni lub giełdzie kwiatowej. Ja tak też zrobiłam, w Trójmieście najpewniej znajdziecie ją w Narcyzie w Gdyni.

Trawa zachwyca pióroposzami kwiatów i nie potrafię przejść obok niej obojętnie. Mam już dwa rodzaje i chętnie przyjmę więcej 😉 Puszyste główki najczęściej zestawiamy z grafikami twarzy, kolażami, rattanem, lastryko, marmurem, złotem i jasnymi barwami.

Niekwestionowaną wyższością gałązek nad np. świeżymi kwiatami jest ich trwałość, mogą stać wiele miesięcy i choć trochę się sypią to bardzo długo cieszą oko.

 

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 17.30.05

Źródło tu

Źródło tu i tu

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 19.05.45

Źródło tu

Źródło tu i tu

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 19.32.15

Źródło tu

Źródło tu i tu 

Processed with VSCO with a4 preset

Źródło tu i tu

yellow4

Źródło tu

Źródło tu 

A Wy macie już swój bukiet traw w wazonie?

 

Jesienne umilacze

Jesień zaczyna się od chłodnych wieczorów i poranków. Kiedy rano przechodzą mnie ciarki po wysunięciu stopy spod pierzyny, to już czuję co się święci. Kiedy wieczór nie może obyć się bez koca, herbaty i ciepłego światła świec to znak, że idzie Ona – złota polska. Lubię ją za te ciepłe swetry, wełniane skarpety i otulające szale. Dają uczucie komfortu, wygody kiedy za oknem pierwsze chłody. I nie wiem jak Was, ale mnie zawsze bierze ochota na domowe zakupy. Szukam zaparzaczy, kubków, ciepłych spodni i termosów. Potrzebuję zapachów, świec i wygodnej pościeli. Nadchodzi sezon na spędzanie dużej ilości czasu w domu!

Oto, moi faworyci na nadchodzący sezon. Mam nadzieję, że i Wam przypadną do gustu 🙂

fabrykaform2

  1. Kubek z fantazyjnym uchem tu
  2. Łyżeczka do nakładania herbaty tu
  3. Rękawiczki z wełny i alpaki tu
  4. Zaparzacz do herbaty tu
  5. Świeca zapachowa FIG tu
  6. Termos tu
  7. Kaszmirowa opaska tu
  8. Uchwyt na magazyny tu
  9. Dyfuzor zapachowy French Linen Water tu
  10. Narzuta/koc tu 
  11. Skarpety z wełny i alpaki tu
  12. Zaparzacz do herbaty tu
  13. Praska do czosnku tu

fabryka1

  1. Zestaw kubków tu
  2. Sweter z domieszką wełny tu i podobny tu
  3. Świeca lastryko tu
  4. Szal z kaszmirem tu
  5. Kaszmirowe joggersy tu
  6. Podstawka pod gorące naczynie tu
  7. Kaszmirowy sweter z kapturem tu
  8. Zaparzaczka pływająca tu
  9. Złota mosiężna łyżeczka tu
  10. Korkociąg tu
  11. Szal z wełny i alpaki tu 
  12. Marmurowy moździerz tu
  13. Pościel w leśny wzór tu