Jak zaaranżować ładne i praktyczne miejsce do pracy

Takie biuro marzyło mi się od zawsze i pomimo, że teoretycznie nie mieliśmy na nie metrażu to ja się uparłam i wstawiłam je w sypialni. Przy okazji pozbyłam się ulubionej komody (którą i Wy lubiliście), teraz leży pod łóżkiem i czeka na lepsze czasy. No cóż, jak się uwielbia zmiany to nie ma rady-czegoś trzeba się pozbyć, żeby było miejsce na nowe.

Z moich wyliczeń wynika, że teraz znowu czas na przearanżowanie przestrzeni biurowej, w końcu od roku wygląda tak samo. A to chyba już nie wypada blogerce wnętrzarskiej. Traf chciał, że akurat całkiem niedawno zobaczyłam w IKEA krzesło biurowe, które jest najprawdopodobniej najpiękniejszym jakie widziałam kiedykolwiek. Wiadomo, że musiało być moje 😉

Krzesłem, obok którego nie mogłam przejść obojętnie jest model ALEFJÄLL, występuje w trzech wariantach kolorystycznych, ale my wybraliśmy odcień, który na stronie jest określany jako złoto-brązowy, ja natomiast nazywam go rudym;) Docelowo wybrałam go dla męża, bo już od trzech miesięcy połowę czasu pracy spędza w domu. Podkradał moje różowe, ale to już zaczynało być męczące. Tego rudzielca wypróbowaliśmy w sklepie i okazał się ultra wygodny, wysokość  krzesła i oparcia oraz głębokość siedziska są regulowane, więc zapewniają wsparcie dla pleców i ud bez względu na wzrost. Ma bardzo bezpieczne kółka (co w naszym przypadku jest bardzo ważne, bo dzieci sobie go wyjątkowo upatrzyły i obsiadają każdego dnia), które są wrażliwe na nacisk hamulca. Krzesło jest przez niego utrzymywane w miejscu, gdy wstajemy i zwalania się automatycznie gdy siadamy. Odchylając się do tyłu zachowujemy idealną równowagę, gdyż mechanizm dopasowuje się do ruchów ciała i ciężaru i reguluje opór. Chyba nie muszę dodawać, że jest idealne do pracy przy biurku, łatwo się przesuwa, bo kołka są zwrotne i design nas totalnie zachwyca!

Przy okazji wizyty w IKEA udało nam się znaleźć kilka rzeczy, które zdecydowanie ułatwiły nam utrzymywanie porządku w strefie biurowej. Dokumentów niestety przybywa, a my póki co nie mamy piwnicy, ani komórki lokatorskiej, aby to wszystko tam archiwizować. W oko wpadły nam pudełka MANICK. Są metalowe, z przykrywką i świetnie będą się sprawdzały na wszelkie rzeczy biurowe czy dokumenty. Na razie wzięliśmy jedno, ale jak już powiększymy metraż to dokupimy więcej. Mają miejsce na etykietę z podpisem, więc będą świetne do piwnicy właśnie na dokumenty, które trzeba trzymać w razie kontroli urzędu. Na pewno z 2 zostawimy sobie pod biurkiem na bieżąco używane papiery i akcesoria. 

Na takie, które używa się ciągle i trzeba mieć pod ręką wybraliśmy segregatory PLUGGIS w bieli. Generalnie utrzymywać porządek w dokumentach nie jest łatwo, z czasem robi się ich taka ilość, że człowiek zarasta totalnie (znacie to z autopsji prawda?), w przeszłości każdą kartkę poszukiwałam godzinami i doprowadzało mnie to do szaleństwa. Dlatego już od jakiegoś czasu zaczęliśmy je segregować, podpisywać i na bieżąco wkładać w wyznaczone miejsca. Ile to mniej nerwów przy szukaniu 😉

Przy okazji ostatniej wizyty w IKEA jeszcze jedna rzecz wpadła mi w oko. A mianowicie kosz VÄRMER. Świetnie nadaje się na gazety, książki, koce, poduchy, wełnę i nawet na drewno kominkowe. Lubię takie rzeczy wielorakiego zastosowania, tylko wyobraźnia może być wtedy dla nas granicą! Na razie dostał miejsce właśnie w kącie biurowym, ale docelowo chyba będzie stał w nowym mieszkaniu obok kominka właśnie. Kolejny świetnie zaprojektowany gadżet, który moim zdaniem znajdzie miejsce w wielu domach.

Wybraliśmy też dodatkową lampkę biurkową, ja mam swoją złotą, ale trzeba było znaleźć też coś dla męża. Zdecydowaliśmy się na model RIGGAD, który może ładować jeden telefon bezprzewodowo (u modeli, które mają taką możliwość – mój ma!), a drugi przez wbudowany port USB. Czyż to nie jest genialna funkcja?! Ja jestem trochę w szoku, że takie coś w ogóle jest możliwe! Dodatkowo jest designerska, ma delikatny i piękny kształt, daje skupione światło i można je skierować w dowolnym kierunku. Lampa jest również ledowa, a ten typ oświetlenia zużywa 85% mniej energii i wystarcza na 25 razy dłużej niż tradycyjne żarówki.

Jeżeli miałabym wskazać na rzecz, którą przy biurku mam długo i nadal cieszy oko i się przydaje to kratka/tablica na notatki ze spinaczami MYRHEDEN. U nas złota, ale w IKEA jest też czarna. Co jakiś czas zmieniam kartki, które na niej wiszą i jest to świetny sposób na szybką zmianę w naszym otoczeniu! Bez dźwigania, środków finansowych, a nawet wizyt w sklepach. Możemy na niej wieszać także karteczki z ważnymi informacjami czy listami zakupów. Myślę, że jest tak uniwersalna, że sprawdzi się także w przedpokoju czy w kuchni.

Spodobał mi się również wazon LIVSVERK. Idealny maluch, żeby nie zajmował zbyt dużo miejsca na biurku i cieszył małymi kwiatami. Zastanawiałam się też nad pojemnikami na kable ROMMA, to świetny patent, żeby kable nie zawalały całej podłogi pod biurkiem. Poczekam jednak z tym zakupem już na nowe lokum, bo wtedy tych kabli będzie zdecydowanie więcej.

Przemyślenia mam takie, że fajnie jak miejsce do pracy jest takie, że stymuluje naszą kreatywność. Tablice inspiracyjne, dokumenty w ładzie, w oznaczonych miejscach, wygodne i ładne krzesło oraz funkcjonalna i dobrze zaprojektowana lampka to nie tylko gadżety mają też za zadanie umilić te często długie chwile z mailami. W dobrze zorganizowanym miejscu biurowym aż chce się wytężać szare komórki i tworzyć! To na prawdę działa. Pamiętajcie, że nawet malutką przestrzeń da się zamienić na komfortowe miejsce do pracy (ja jestem tego najlepszym przykładem), rozwiązań jest mnóstwo, a Wy zyskujecie ergonomiczne miejsce do siedzenia przy komputerze i wygodę pracy.

 

IMG_9637

  1. Lampa stołowa RIGGAD
  2. Przybornik na biurko YPPERLIG
  3. Wazon LIVSVERK
  4. Tablica MYRHEDEN
  5. Metalowe pudełko MANICK
  6. Regulowane biurko IDÅSEN
  7. Segregatory PLUGGIS
  8. Kosz z drewna VÄRMER
  9. Skórzane krzesło biurowe ALEFJÄLL
  10. Pojemnik na kable ROMMA

 

Wpis powstał we współpracy z IKEA.

 

 

Sprzątanie może być przyjemne

Sprzątanie to czynność, która wywołuje różne emocje. Jedni traktują jako nieprzyjemny obowiązek, inni uważają, że to rewelacyjna metoda na rozładowanie stresu. Są tacy, co sprzątać uwielbiają, porządek chełpią i nie wyobrażają sobie funkcjonować w pomieszczeniu pełnym kurzu i paprochów, nie zasną gdy w kuchni leżą okruszki od chleba, a w przedpokoju ktoś rozsypał piasek. Jeżeli mają dodatkowo psa to już w ogóle latają z odkurzaczem bez opamiętania. Wszyscy mają jedną cechę wspólną – jak mają fajny sprzęt do sprzątania to czerpią z tego przyjemnego/przykrego obowiązku jakoś więcej. Bardziej im się chce.

Całkiem niedawno dostałam do testów unikalny na rynku odkurzacz Tefal Air Force Flex 360. Byłam mega ciekawa takiego małego, przenośnego sprzętu z elastyczną rurą (dzięki której można dosięgnąć kurz pod niskimi meblami 5 razy skuteczniej*) i zawsze (jakkolwiek to by nie brzmiało) zazdrościłam tym wszystkim perfekcyjnym paniom domu, że nie muszą męczyć się z kablem, który zawsze zahaczy się tam, gdzie nie powinien i zawsze jest za krótki, żeby dotrzeć tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. 

Już po tygodniu używania wiem, że ten sprzęt jest po prostu genialny! Dzięki stacji dokującej możemy go zamontować w pomieszczeniu gospodarczym lub szafie, szybko się ładuje i tu dzieje się coś, co od razu polubiłam – odkurzanie bez kabla! Nic nas nie ogranicza, nie musimy szukać gniazdka w każdym pomieszczeniu, nikt się o niego nie potyka. A co za tym idzie mamy nieograniczone pole manewru i odkurzaczem Tefal Flex dotrzemy dosłownie wszędzie.

Jeżeli czytacie bloga już od jakiegoś czasu to na pewno wiecie, że posiadam bardzo dużo różnych dekoracji, figurek, doniczek, wazonów. Mój otwarty regał aż się prosi o grubą warstwę kurzu. Odkurzanie tego wszystkiego jest mega absorbujące i często wręcz ciężkie do wykonania. W ostatnim tygodniu wypróbowałam wszystkie końcówki nowego sprzętu i dotarłam wszędzie tam, gdzie mój wzrok do tej pory nie sięgał. W zestawie mamy: miękką, elastyczną końcówkę ze szczotką, którą bardzo łatwo wyczyścić trudno dostępne miejsca, np.: narożniki i szczeliny, szczotkę z oświetleniem Led, dzięki której nie umknie nam dosłownie nic, nawet w ciemnych miejscach, większą elektroszczotkę, która nadaje się do wszystkich powierzchni, mini elektroszczotkę, która jest idealna do sprzątania sierści (a nam niebawem będzie także niezbędna) i auta, szczotkę do tapicerki, kolanko, które pozwala na dokładne wyczyszczenie wysokich półek i lamp.

Dodatkowo warto wspomnieć, że odkurzacz Tefal Air Force Flex:

  • pracuje cicho i wydajnie, wystarczy 3 godziny, aby go naładować
  • ma tryb Boost, dzięki któremu możemy pracować 6 minut z maksymalną wydajnością i posprzątamy ultraszybko
  • dzięki baterii litowo-jonowej możemy sprzątać aż 35 minut bez ładowania
  • ma przeźroczysty pojemnik na kurz, jest bezworkowy i ekologiczny, łatwo go rozmontować i umyć
  • jest lekki, poręczny i ma designerski wygląd
  • ma bardzo dużą ilość akcesoriów, które bardzo łatwo jest oczyścić z brudów
  • posiada dwa filtry, jeżeli jeden się np. zamoczy to mamy drugi na podmianę
  • można go wziąć wszędzie ze sobą 

Po tym tygodniu testów zdecydowaliśmy, że odkurzacz Tefal Air Force Flex 360 musi być nasz. Już przebieram nóżkami na samą myśl o rozsypanej mące przy pieczeniu ciast na święta czy gdy sypnie się choinka lub moje trawy pampasowe i będzie można szybko i sprawnie to odkurzyć. Od tej pory okruchy pod stołem nie będą czekały do następnego sprzątania w weekend. A przy tym wszystko się odbędzie bez akcji wyjmowania ogromnego sprzętu z szafy, podłączania, opróżniania wielkiego pojemnika. Co najważniejsze, ten odkurzacz to mistrz docierania do zakamarków, ciemnych miejsc, gdzie brud panoszy się czasami latami, bo go nie widzimy. Bez problemu i z przyjemnością wyczyściliśmy zakurzone tace i figurki, liście kwiatów. Takim sprzętem to nie był przykry obowiązek. Już nie mogę się doczekać nowego mieszkania i sprzątania nim właśnie tam. Mam nadzieję, że doczekamy się wtedy już szczekającego domownika 🙂

Na koniec mam dla Was ważną wiadomość – do 13 listopada możecie mieć tego pomocnika domowego o 300zł taniej! Więcej szczegółów znajdziecie pod tym linkiem – Tefal Air Force Flex 360.

* dzięki Technologii Flex i nakładce sscącej ultra- slim, w porównaniu do zwykłych odkurzaczy.

Jesień w mojej sypialni

Jesienią wszyscy kochamy przytulność. Sięgamy po ciepłe swetry, koce, pijemy rozgrzewające herbaty, palimy świeczki. Chcemy czuć się miło w naszej domowej oazie, gdy na zewnątrz wieje i pada. Pogoda nie pozwala już na bardzo długie spacery i nie spędzamy tyle czasu na dworze. To najlepszy moment na wprowadzenie jesiennej atmosfery w domu. Dodatki są świetnym rozwiązaniem, aby szybko i bez dużych kosztów przemienić wnętrze, ale trzeba wiedzieć co wybrać, żeby nam dobrze służyło. Oto kilka moich ulubieńców, bez których nie wyobrażam sobie jesieni:

– herbata (konieczność nad koniecznościami ;)) 

Ja wybieram zazwyczaj herbatę zieloną, gdyż ma dobroczynny wpływ na zdrowie – jest bogata w przeciwutleniacze, które wspomagają odporność i ochronę zębów, poprawiają stan skóry. Picie 2-3 filiżanek dziennie może obniżać ciśnienie i poziom cholesterolu, zmniejszać ryzyko zawału serca. Jest to o wiele zdrowsza alternatywa kawy. Są także badania, które mówią, że zielona herbata może chronić mózg przed różnymi formami demencji, depresją, a nawet przedłużyć życie. Moim ostatnim odkryciem są herbaty zielone Lipton z cytrusami (zawierają skórkę z limonki, cytryny, pomarańczy, grejpfruta) oraz z maliną i truskawką. Nie tylko pobudzają, ale także mają świeży i orzeźwiający smak. Latem można je pić z kostkami lodu i są rewelacyjne w tej formie. Jesienią popijam je także, gdy mam ochotę na coś słodkiego, dzięki aromatom owoców czuję się zaspokojona i również w ten sposób (oprócz oczyszczenia organizmu) dbam o linię ograniczając przekąski. Nie zaparzajcie jednak zielonej herbaty zbyt długo, bo straci swoje prozdrowotne właściwości, wystarczy 2-3 minuty w temperaturze 70-80 stopni. 

-miła pościel

Jesienią jakoś bardziej chce się spać i ponieważ dzień robi się o wiele krótszy łatwiej o wydłużenie wypoczynku nocnego. W tym roku zaopatrzyłam się w idealną kolorystycznie pościel z satyny bawełnianej. Jest niesamowita, nie gniecie się, jest miła i przyjemna w dotyku, dobrze chłonie wilgoć i nie przegrzewa. Wzór moich nowych poszewek nawiązuje do nieprzewidywalności snów. Kiedy o niej piszę mam ochotę natychmiast się pod nią zaszyć! Jesienne barwy-pomarańczowy i brązowy to hity sezonu we wnętrzach (nie tylko na jesień), a połączenie z różem i brzoskwinią stanowi rozweselający miks na nadchodzące chłodniejsze dni.

-pachnące świece i dyfuzory zapachowe 

Jesień ma w sobie, bez wątpienia, coś nostalgicznego. Wprawia w zadumę i daje czas na przemyślenia. Jak się tak ciemniej zrobi to aż się prosi, żeby rozjaśnić otoczenie świecami. Ciepłe światło szybko wprowadzi nas w dobry nastrój. Musicie jednak wiedzieć, że tanie świece są najczęściej wykonane z parafiny, a ta jest dla nas trująca i  rakotwórcza! Wybierajcie świece sojowe lub te z wosku pszczelego, nie emitują one niezdrowych substancji. Najlepiej żeby w składzie miały olejki eterycznie, a nie sztuczne aromaty. Nie potrafię jednak do końca wytłumaczyć większej potrzeby otaczania się zapachami. Już chyba w każdym pokoju mam zapachy do wnętrz i zaciągam się co chwila lekko wyczuwalną wonią drzewa bambusowego, wanilii, pomarańczy i orientalnych kwiatów. Jesienią nie da się już spać przy otwartym oknie, wdychać zapachu mokrej trawy czy świeżego powietrza. Zapach z dyfuzora jest bardzo miłą alternatywą!

 

-białe dynie 

Małe białe dynie baby boo to już chyba tradycja październikowa. Są już tak rozchwytywane, że kończą się na farmach zanim przychodzi Halloween. Fajną opcją jest ich malowanie, widziałam opcję pastelowe, czarne, a nawet złote. Co myślicie o takim pomyśle na ozdobę jesienną? Nie polecam ich jednak zostawiać na tarasie czy balkonie, bo mogą paść ofiarą ptaków 😉

-ciepłe koce i swetry 

Akceptuję jedynie wełniane. Są niesamowite ciepłe, ale nie przegrzewają (mają właściwości termoizolacyjne), wchłaniają wilgoć (charakteryzują się dużą higroskopijnością), są naturalne, miłe  w dotyku, pięknie wyglądają i nie chłoną tak łatwo zapachów. Warto zainwestować w jeden wełniany koc czy sweter (jest wiele rodzajów wełny, która nie gryzie) i używać z radością latami, niż kupić kilka akrylowych, które nie tylko nie zapewniają nam ciepła, ale również nie służą środowisku. Do ich produkcji zużywa się bardzo dużą ilość wody, energii i chemikaliów, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia!

W dzisiejszych czasach świadomość konsumpcyjna jest niezwykle ważna. Dobrej jakości produkty będą służyć nie tylko naszemu samopoczuciu, ale także zdrowiu. Warto czytać składy, metki i edukować się w sieci, gdzie informacje są dzisiaj bardzo łatwo dostępne. Mam nadzieję, że czytając ten wpis dowiedzieliście się czegoś nowego! Dajcie znać 🙂

Wpis powstał we współpracy z marką Lipton, więcej o zielonej herbacie znajdziecie tu: http://www.lipton.pl/zielonaherbata/

 

 

Trend, który podbił Instagrama – trawa pampasowa

Trawa pampasowa to bez wątpienia jeden z gorętszych trendów wnętrzarskich na Instagramie. Miękkie, beżowe gałązki królują nie tylko w wazonach, ale także w bukietach, dekoracjach i wiankach. Pasują w zasadzie do wszystkich rodzajów wnętrz, ale są wprost stworzone do stylu boho. Niesamowicie wyglądają jako dekoracja ślubów, witryn sklepowych czy restauracji.

Trawa pampasowa to niesamowita ozdoba ogrodów, balkonów i miejskich parków. Sami w zeszłym roku próbowaliśmy taką wychodować, co niestety nam się nie udało. Może to i lepiej, bo ciężko ją przezimować.

Oryginalnie, pochodzi ona z Ameryki Południowej i potrafi osiągnąć nawet do 2-3 metrów długości. Dlatego najlepiej po prostu kupić ciętą w kwiaciarni lub giełdzie kwiatowej. Ja tak też zrobiłam, w Trójmieście najpewniej znajdziecie ją w Narcyzie w Gdyni.

Trawa zachwyca pióroposzami kwiatów i nie potrafię przejść obok niej obojętnie. Mam już dwa rodzaje i chętnie przyjmę więcej 😉 Puszyste główki najczęściej zestawiamy z grafikami twarzy, kolażami, rattanem, lastryko, marmurem, złotem i jasnymi barwami.

Niekwestionowaną wyższością gałązek nad np. świeżymi kwiatami jest ich trwałość, mogą stać wiele miesięcy i choć trochę się sypią to bardzo długo cieszą oko.

 

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 17.30.05

Źródło tu

Źródło tu i tu

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 19.05.45

Źródło tu

Źródło tu i tu

Zrzut ekranu 2019-10-8 o 19.32.15

Źródło tu

Źródło tu i tu 

Processed with VSCO with a4 preset

Źródło tu i tu

yellow4

Źródło tu

Źródło tu 

A Wy macie już swój bukiet traw w wazonie?

 

Jesienne umilacze

Jesień zaczyna się od chłodnych wieczorów i poranków. Kiedy rano przechodzą mnie ciarki po wysunięciu stopy spod pierzyny, to już czuję co się święci. Kiedy wieczór nie może obyć się bez koca, herbaty i ciepłego światła świec to znak, że idzie Ona – złota polska. Lubię ją za te ciepłe swetry, wełniane skarpety i otulające szale. Dają uczucie komfortu, wygody kiedy za oknem pierwsze chłody. I nie wiem jak Was, ale mnie zawsze bierze ochota na domowe zakupy. Szukam zaparzaczy, kubków, ciepłych spodni i termosów. Potrzebuję zapachów, świec i wygodnej pościeli. Nadchodzi sezon na spędzanie dużej ilości czasu w domu!

Oto, moi faworyci na nadchodzący sezon. Mam nadzieję, że i Wam przypadną do gustu 🙂

fabrykaform2

  1. Kubek z fantazyjnym uchem tu
  2. Łyżeczka do nakładania herbaty tu
  3. Rękawiczki z wełny i alpaki tu
  4. Zaparzacz do herbaty tu
  5. Świeca zapachowa FIG tu
  6. Termos tu
  7. Kaszmirowa opaska tu
  8. Uchwyt na magazyny tu
  9. Dyfuzor zapachowy French Linen Water tu
  10. Narzuta/koc tu 
  11. Skarpety z wełny i alpaki tu
  12. Zaparzacz do herbaty tu
  13. Praska do czosnku tu

fabryka1

  1. Zestaw kubków tu
  2. Sweter z domieszką wełny tu i podobny tu
  3. Świeca lastryko tu
  4. Szal z kaszmirem tu
  5. Kaszmirowe joggersy tu
  6. Podstawka pod gorące naczynie tu
  7. Kaszmirowy sweter z kapturem tu
  8. Zaparzaczka pływająca tu
  9. Złota mosiężna łyżeczka tu
  10. Korkociąg tu
  11. Szal z wełny i alpaki tu 
  12. Marmurowy moździerz tu
  13. Pościel w leśny wzór tu

Różowo mi

Miałam ten plan w głowie od dawna. Od dawien dawna. Pisałam zresztą chyba o tym w tym wpisie (tu będzie link). Ale że odważna nie jestem na tyle, żeby zaszaleć aż tak, więc przekładałam tę akcję na inny termin albo na zmianę mieszkania na większe, albo po prostu bałam się co M. na to powie. Tysiące razy zadawałam sobie pytanie – czy sypialnia w wyniku tej metamorfozy nadal będzie #instafriendly ? Odpowiedzi nie znalazłam, ale chyba w końcu odwagę mi los zesłał 😉

Oczywiście do końca, do ostatniego momentu byłam pełna rozterek czy to na pewno dobry pomysł. Chciałam nawet beż lub szarość znowu chlasnąć, ale ostatecznie nudne mi się to wydało strasznie i zaryzykowałam ten brudny róż. A co mi tam, raz się żyje 😉

Wyszło to ze mnie w końcu, bo już dusiłam się w tym męskim świecie granatu, zieleni i bieli. Wyszło ze mnie to, że się córki nie doczekałam i aranżacji różowego pokoju nie oddałam. Widocznie siedziało to w moim sercu i czekało na odpowiedni moment, żeby zaznaczyć swą obecność. Tak, jak się ma samych mężczyzn w domu, to chce się trochę kobiecych elementów przemycić. Choć przecież są chłopaki, co się tego koloru nie boją, moi są tego przykładem 🙂

Trzeba jednak zaznaczyć, że nawet jeżeli już zdecyduje się człowiek na jakiś kolor to ma za zadanie jeszcze wybrać odcień, bo oczywiście jest ich trylion i nie wiadomo który będzie tym idealnym. Marka Dulux proponuje w tym temacie fajne udogodnienie, bo można sobie zamówić małe testery z wałkiem i maznąć ścianę docelową. Wówczas wybór już jest śmiesznie prosty i wystarczy znaleźć kogoś, kto nam tę ścianę lub ściany przemaluje. Jest tak łatwo, że nie musi być to absolutnie specjalista. U mnie padło na męża!

Kolor, który ostatecznie wybrałam to „różowy na test” z serii Easy Care marki Dulux właśnie. Farba jest plamoodporna i zmywalna, ściana jest super matowa i o taki efekt dokładnie mi chodziło. Dajcie koniecznie znać jak Wam się podoba moje odświeżone wnętrze i czy zdecydowalibyście się na taką kolorystykę u siebie? Lubicie zaszaleć z kolorami czy trzymacie się stonowanych odcieni?

Processed with VSCO with a4 preset

Styl wnętrzarski, który uwielbiam!

Wyobrażam sobie to tak – przestronne, wysokie mieszkanie w kamienicy, duże okna, sztukateria na ścianach i sufitach, drewniane podłogi w jodełkę, obowiązkowo kominek, trochę marmuru i weluru. Mieszkania w stylu paryskim są moim zdaniem tak piękne, że nie ma dnia bym o takim skrycie nie marzyła.

Prawie każdy jeden film francuski, który oglądam pokazuje jedno z TYCH mieszkań w Paryżu. Szykowne, ale nie przesadnie, eklektyczne, ale w granicach normy, łączy ze sobą wygodę i piękno, zachwyca mnie od lat i chyba nigdy nie przestanie. Oczywiście nie jest łatwo przenieść ten styl na nasze polskie warunki jeżeli nie mieszkamy w pięknej kamienicy, w centrum miasta, ale jest to jak najbardziej możliwe. Z odrobiną wyobraźni i chęci można wszystko, zgadzacie się? 🙂

Jeżeli miałabym zrobić małą ściągę z cech charakterystycznych tego stylu to na pewno znalazłoby się tam:

  • welurowe meble w różnych kolorach i koniecznie jakiś szałowy fotel w wyrazistym odcieniu
  • podłoga z prawdziwego drewna w jodełkę
  • sztukateria gipsowa na ścianach, a w wysokich wnętrzach także na sufitach
  • stylizowane drzwi, ja marzę o takich do sufitu, często o podwójnych skrzydłach
  • ogromne okna z retro gałkami
  • kominek, koniecznie kominek!
  • złote akcenty – kinkiety, lampy, doniczki
  • duże, stylizowane lustra (niebawem takie do mnie trafi!)
  • marmur – w kuchni, łazience, salonie…
  • stary, postarzany mebel z historią w tle, a w nim lub na nim rodzinne pamiątki, stare przedmioty
  • piękny regał z dużą ilością kurzołapów, pożółkłych książek i albumów
  • plakaty w ramach stojące luźno na ziemi, półkach, szafkach
  • rośliny, postarzane donice

To na pewno nie wszystko, jeżeli macie coś do dodania to koniecznie dajcie znać w komentarzach. Żadna w końcu ze mnie znawczyni, Paryż i Francję kocham, francuski to mój drugi język, ale nigdy nie zagrzałam tam na dłużej miejsca. Chciałabym natomiast wyjawić Wam dzisiaj moją najbardziej skrywaną tajemnicę 😉 Pokażę trzy cudowne paryskie apartamenty, które spędzają mi sen z powiek i będą moją inspiracją, jeżeli już przeprowadzimy się do nowego mieszkania. I nie chodzi oczywiście o bezmyślne kopiowanie rozwiązań, a o całokształt stylu, który zdobył moje serce, a który zamierzam przekształcić z użyciem własnych mebli i pomysłów.

Pierwszy z nich to piękne mieszkanie założycielki marki Sezane (która jest jedną z moich ulubionych ;)) Morgane Sézalory:

morgane-sezalory-paris-home-4

morgane-sezalory-paris-home-5

morgane-sezalory-paris-home-8

morgane-sezalory-paris-home-9

morgane-sezalory-paris-home-12

morgane-sezalory-paris-home-28

morgane-sezalory-paris-home-30

Źródło tu

Drugie mieszkanie, trochę bardziej szykowne to to należące do Florence Elkouby, która jest włascicielką paryskiej agencji zajmującej się wizerunkiem marek. Na jej Instagramie widać, że od czasu tej sesji zdjęciowej zaszło już trochę zmian w jej mieszkaniu, ale nie znalazłam dobrej jakości zdjęć, więc zajrzyjcie do niej tu.

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 10.13.25

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.41.36

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.40.29

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.40.02

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.39.18

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.39.09

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.39.00

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.38.48

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.38.38

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.38.19

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.37.57

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.37.38

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.37.15

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 09.35.45

Źródło tu

W trzecim apartamencie mieszkają Darya i Grégoire Kopp z synkiem. Tu znajdziecie trochę więcej orientalnych dodatków, ale nadal króluje styl paryski:

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.35.32

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.36.03

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.36.17

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.36.28

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.37.01

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.37.17

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.37.30

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.37.40

Zrzut ekranu 2019-07-22 o 14.37.50

Źródło tu

 

 

 

Jak dobrze nakryć do stołu i nie stracić przy tym głowy

Trochę mi zajęło, żeby zrozumieć, że perfekcyjną panią domu nie będę. Że nie musi być idealnie, że świat się nie zawali, jeżeli czasami odpuszczę. Muszę przyznać, że w przeszłości często zdarzało mi się przeceniać swoje możliwości, jeżeli chodzi o organizowanie wszelkich uroczystości rodzinnych, spotkań z przyjaciółmi czy nawet wizyt sąsiadek. Sprzątałam, picowałam, gotowałam jak szalona. Koniec końców, byłam bez sił i nie miałam wystarczająco wigoru na samą imprezę. Nie wystarczało mi też czasu na ładne przygotowanie stołu, skupiałam się tylko na tym, by zdążyć z jedzeniem na czas. Nad dekoracją, prawidłowym ustawieniem szklanek nie było czasu myśleć.

I zawsze tak sobie marzyłam, że przygotuję pięknie przybrany stół, z rozłożonymi sztućcami, serwetkami i kwiatami. Nic bardzo skomplikowanego, ot takie zwykłe, ale miłe dla oka przybranie. Nie wiedziałam, że to daje aż tyle satysfakcji i że zgarnę aż tyle pochwał 😉  Warto czasem zamówić choć część jedzenia czy ciasta, a samemu bez pośpiechu celebrować chwile, skupić się na przyjemności przystrajania, spokojnego przygotowania. Bez ciśnienia i ze spokojną głową. Goście na pewno podłapią ten luz i będą się czuli u nas swobodnie, jak u siebie w domu.

Aby i Wam pomóc w przygotowaniu imprez domowych przygotowałam kilka rad, jak sobie poradzić z nakryciem stołu. Może uda mi się zainspirować Was prostym i minimalistycznym stylem, bo takie lubię najbardziej, a także opowiedzieć o tym, jak alternatywnie podejść do zastawy i dekoracji.

Przy okazji – ja sama musiałam sprawdzić w jaki sposób należy ustawić sztućce. Prawidłowe ich ułożenie, a także zrobienie tego odpowiednio wcześniej jest ogromnym ułatwieniem dla gospodarza i gości. Nikt nie musi już sobie podczas spotkania zawracać głowy gorączkowym szukaniem łyżeczki czy noża. Pamiętajmy oczywiście, że warto je dokładnie wypolerować i sprawdzić pod względem czystości. Odciski palców czy co gorsza pozostałości po jedzeniu są nie do przyjęcia 😉

Generalnie sztućce rozstawiamy w zależności od tego, jakie dania będą serwowane i w jakiej kolejności. Jeżeli pierwsza jest zupa, łyżkę układamy od zewnątrz, z prawej strony. Jeżeli następnie jest danie główne to obok talerza, a przed łyżką układamy nóż. Widelce układamy z lewej strony talerza, a łyżeczki i widelczyki do deserów u góry. 

Ja używam obecnie zestawu sztućców BILDAD z IKEA – są proste, zgrabne, minimalistyczne i wykonane ze stali nierdzewnej. Można je myć w zmywarce i nic się z nimi nie dzieje. Mój zestaw porcelany to ponadczasowa seria OFANTLIGT. Pasuje do każdego wnętrza i w zależności od dodatków zmienia swoje oblicze. Jeżeli zestawimy ją z drewnem, lnem, dodatkami z bambusa i trawy morskiej możemy uzyskać styl boho. Jeżeli wykorzystamy szkło ze srebrnymi lub złotymi dodatkami, duże mosiężne świeczniki lub wazony będzie świetnie komponowała się ze stylem glamour. Jeżeli natomiast lubimy minimalistyczny skandynawski design to (tak jak u mnie) możemy ją  zestawić ze świecznikami LYSTER lub ÄDELHET, ze szklankami FRASERA (są do whisky, ale ja ich używam do wody) oraz serwetkami GRUPPERA, które są wykonane z miłej bawełny.

Do tego zestawu talerzy i miseczek świetnie wyglądają moje ulubione młynki z drewna akacjowego INTRESSANT oraz deski FASCINERA z drewna mango. Młynek i kieliszki kupiłam w IKEA przed świętami Bożego Narodzenia i używam ich non stop. Warto przed każdą uroczystością kupić jedną lub dwie rzeczy na stół i tak powoli skompletować całą, piękną zastawę stołową. Ja właśnie w ten sposób robiłam i mam już wszystko! 

Moje kieliszki są w tej chwili niedostępne (tak, jak wspominałam to była kolekcja grudniowa), ale gdybym teraz miała wybierać z pewnością zdecydowałabym się na serię FRAMTRÄDA lub KONUNGSLIG. Obie można myć w zmywarce i są wykonane z grubego szkła, więc nie będziecie musieli martwić się, że łatwo je zbijecie. Wypadki się oczywiście zdarzają, więc kupcie na wszelki wypadek o dwa więcej na zapas.

I bardzo chciałabym polecić Wam jeszcze jedną piękną, pasującą do każdego wnętrza rzecz na stół – paterę FÖRÄDLA. Jest z nami już rok i super mi służy na wszystkich uroczystościach do serwowania ciasta lub owoców. Jest łatwa do rozkręcenia, więc jej przechowywanie nie jest problemem.

Sprzedam Wam jeszcze tip jak zyskać więcej miejsca na różne akcesoria stołowe czy przekąski. Jeżeli macie bardzo mały stół i ledwo mieścicie potrawy, a co dopiero deski czy młynki to koniecznie sięgnijcie po stolik/barek na kółkach. Można na nim trzymać dodatkowe szklanki, sztućce i w zasadzie wszystko, na co zabrakło wam miejsca na stole. Do tego bardzo łatwo go przetransportować na drugi koniec jadalni. We wnętrzach minimalistycznych, skandynawskich czy rustykalnych polecam ten z serii IKEA PS 2017. Jeżeli kochacie styl boho to na pewno oszalejecie na punkcie rattanowego stolika na kółkach LUBBAN. W przypadku aranżacji industrialnych zwróćcie uwagę na stary, dobry RÅSKOG. Jest w trzech kolorach i myślę, że każdy znajdzie odpowiedni dla siebie! 

Do aranżacji użyłam:

Post powstał we współpracy z IKEA.

 

 

Wyprawa do IKEA i jak na tym zyskała moja sypialnia

Powiem szczerze, że w naszej sypialni niewiele się można zmienić. Nie ma w niej miejsca – jest wąska, średnio ustawna, ciemna (robienie zdjęć bez statywu nie ma prawa bytu). Aby wstawić mini biureczko musieliśmy pozbyć się ulubionej komody, ogromne rośliny hodowane przez męża zakrywają pół okna, a jedyne wolne pół metra przy ścianie zajmują moje artefakty do zdjęć. Każdy kąt jest wykorzystany do maksimum i wstawienie choćby nawet małego stołeczka sprawiłoby zapewne, że ktoś z domowników straciłby zęby potykając się o niego. Nie powiem, w przeszłości było kilka prób dostawienia kolejno – regału i witryny, ale wtedy ta klita wyglądałaby już jak składzik, a nie miejsce wypoczynku, więc sobie darowałam. Jedyne z czym mam możliwość poszaleć to z dodatkami 🙂

Marząc o przestronnej sypialni, jakiej się naoglądałam na Instagramie, dostałam możliwość poczuć się jakbym taką posiadała. IKEA Gdańsk rzuciła mi i Karolinie Pingielskiej wyzwanie! Miałyśmy sobie nawzajem odmienić sypialnie. Okazja była nie byle jaka – teraz w IKEA jest promocja na wszystkie tekstylia i z kartą IKEA Family możecie je mieć z rabatem -15%! 

Traf chciał, że Karolina ma piękną, dużą i przestronną sypialnię, której bardzo mi brakuje, więc z wielką przyjemnością przygotowałam listę produktów do metamorfozy. U niej można poszaleć! Same zakupy robiłyśmy już razem na podstawie przygotowanych sobie nawzajem list (widzieliście relację na Instagramie?). Miałyśmy z tego mega radochę! A odkrycie co sobie nawzajem przygotowałyśmy było lepsze niż otwieranie prezentów od Św. Mikołaja 😉

Ze względu na metraż u Karoliny do niej można wrzucić jakiś dodatkowy mebel, więc otrzymała nowy fotel rattanowy ALBACKEN. Jeżeli kiedykolwiek doczekam się większej przestrzeni to na pewno i u mnie taki stanie! Do tego pasująca lampka KNIXHULT (jest w dwóch rozmiarach) oraz kosz na poduchy i kocyki SNIDAD. Obowiązkowo nowa białą pościel (no przecież wiem, że Karolina kocha biel;))i wiosenne, pastelowe poszewki PUDERVIVA (żeby tę biel trochę rozweselić). Obie wybrałyśmy lniane tekstylia do naszych sypialni, ale chyba to nie dziwi, bo jest to najmilsza pościel do spania, oddycha, chłonie wilgoć i ma piękny połysk. Dodatkowo ozdobne wstążki utrzymują poduszkę na swoim miejscu i są ładnym elementem dekoracyjnym w minimalistycznym designie poszewek. Ostatnią niespodzianką dla Karoliny były kołdry RÖDTOPPA, Zapewnia ona równomierną temperaturę spania, pochłania wilgoć i jest bardzo łatwa w pielęgnacji. I dzieci (jak władują się do łóżka rodziców) nie będę się bić o przykrycie 😉

A oto jak Karolina odmieniła mi sypialnię:

 

A oto lista produktów z IKEA Gdańsk, które znalazły się w mojej sypialni:

Komplet lnianiej pościeli PUDERVIVA

Poszewka lniana AINA

Kołdra zimowa RÖDTOPPA

Lampka nocna EVEDAL

Kosz z uchwytami z trawy morskiej TÄNKVÄRD

Hedonizm w wersji domowej, czyli co mają nowe kawy mleczne Nespresso do szczęścia tu i teraz

Czekanie to istota ludzkiej natury. Czekamy na lato, na weekend, na święta…czekamy aż dzieci dorosną, aż zaczną mówić, aż zdejmą pieluchy…jak już to wszystko się wydarzy znajdujemy nowe momenty „do czekania”. 

Kiedyś, gdy byłam jeszcze młoda i piękna, w zasadzie ciągle żyłam od chwili do chwili, od momentu do wydarzenia. Pozostały czas był jakby w zawieszeniu, wpół oddechu. Czekałam aż końcu schudnę i ubiorę wymarzoną kieckę czy ulubione jeansy sprzed matury (wtedy na pewno osiągnę szczęście życiowe i sukcesy same zapukają do drzwi), czekałam aż znajdę dobrą/lepszą pracę (w starej męczyłam się okrutnie), czas mijał mi od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu. W międzyczasie w myślach planowałam i marzyłam jak będzie wyglądała na chwila, na którą tak nie mogę się doczekać.

Czekanie zaczęło mi ciążyć. Nie pamiętam dokładnie w którym momencie, może tuż po drugim porodzie? Może jak dzieci odkleiły się od mojej nogi. Przestało mi się podobać, bo zaczęłam się dusić w tym czekaniu, szczęście zawsze było gdzieś poza, niby tuż za rogiem, ale ciągle odległe. A może to bagaż lat, doświadczeń. Myśl, która od jakiegoś czasu mi chodzi po głowie z łzami w oczach-„to są nasze najlepsze dni”, dzieci rosną, usamodzielniają się, a ja młodsza nie będę? 

Cokolwiek to nie było, sprawiło, że doceniłam tu i teraz. Że nie warto czekać na weekend, wiosnę, urodziny żeby świętować życie, celebrować chwilę, docenić małe gesty, obecność ukochanych ludzi. Wypić ciepłą kawę z pianką i cieszyć się jej smakiem jak gdyby to była ostatnia kapsułka na ziemi. Lepiej może już nie być, bo przecież jest idealnie! Wystarczy to sobie uświadomić.

Nawet siedząc w domu z dziećmi mam swoje małe ceremoniały, chwile hygge, małą odskocznię, która pomaga mi się odprężyć i zawsze poprawia humor. Jest nią oczywiście kawa. Parzenie pachnącego napoju bogów to najprzyjemniejsza chwila dnia i możemy ją sobie zorganizować kiedy tylko mamy ochotę i potrzebę. Wybieranie kapsułki to także mój mały rytuał, lubię mieć  duży wybór smaków i aromatów i oczywiście od razu kupuję wszystkie nowości, a potem testuję, testuję…

Nowa linia Nespresso BARISTA CREATIONS dla miłośników białej kawy to mój absolutny ulubieniec ostatnich dni. Można z niej wyczarować prawdziwe cuda dla zmysłów, wariacje o delikatnym i przyjemnym smaku! Tak! Biała kawa to zdecydowanie moja bajka i koniecznie z mlekiem kokosowym. Już sam wygląd i kolor kapsułki sprawia, że mam ochotę ją parzyć w nieskończoność. Do wyboru macie trzy smaki CHIARO, SCURO i CORTO (które wchodzą na stałe do oferty Nespresso i mojego domu). Pierwsza po dodaniu mleka uwalnia aromaty karmelu i herbatników, druga zbóż i orzechów, zaś trzecia jest nieco pikantna, o gęstej konsystencji i odważnym aromacie. Inspirowane są kolejno metodą parzenia przez baristów z Brooklynu, Melbourne i gorącej Hiszpani. Brzmi kusząco prawda? 

To co dacie się ponieść chwili z pyszną, białą kawą, która smakuje jak od prawdziwego baristy? Spokojnie, bez pośpiechu, delektując się każdą dawką ulubionego smaku? Ważne jest tu i teraz…

Post powstał przy współpracy z Nespresso. Jak wiecie już od bardzo dawna jestem wierna fanką ich kawy. Oddaję także zawsze kapsułki do recyclingu, co uważam za mega sprawę! A już w najbliższy weekend (10-12.05.2019) zamierzam odwiedzić stoisko marki na Electronics Show w Warsaw Expo Ptak, gdzie będą zaprezentowane najnowsze rozwiązania technologiczne i koncepty! Przebieram nóżkami, bo mam nadzieję przywieźć dla Was jakieś newsy i zaskakujące rozwiązania! Wybieracie się na te targi?